Translate

czwartek, 15 maja 2014

ja i Mistrz

Dwoje młodych turystów, z wielkimi plecakami, sapiąc i rozsiewając zapach potu wreszcie wdrapało się na szczyt wznoszący się ponad skąpaną we mgle doliną.
– Popatrz moja słodka, jak tam pięknie – powiedział przewodnik stada, mrużąc w uśmiechu cukrowe oczka, ślizgające się po falującej piersi partnerki.  
Twarz dziewczyny na tle sino zielonego plecaka pulsowała purpurą.
- No! – złapała wątek myślowy samca i ze świstem wciągając powietrze, dodała - ledwie zipię, daleko jeszcze?
- Pozwól słońcu pieścić skórę, masz taką promienną twarz.  
- No! – dziewczyna właśnie dostrzegła tło chłopaka rozanielonego jej widokiem i doliny pod ich nogami, wysapała ostrzeżenie - te białe kłęby… wiatr kotli … niebawem nas dopadną… zły pomysł… tu się  pchać.  
- Ciesz się słońcem. Nie martw się, teraz już będzie tylko z górki, za chwil parę  będziemy się upajać aromatem schroniska.
Przed nimi, po stromym zboczu wiła się kamienista ścieżka. Dociskani tobołami, żwawo podążali serpentynami, wytyczonym szlakiem ku celowi. Miejscami grawitacja przynaglała poganiając ich i zdawało się, że wkrótce osiągną kres podróży, ale dotarli do miejsca gdzie żwir i skały zasypały ścieżkę. Bezpieczniej było obejść żwirowisko, które żyło jeszcze po nocnej ulewie,  staczały się z rumorem pojedyncze kamienie a woda pod nim ciurkiem spływała, gulgocząc ostrzegawczo – ja tu teraz rządzę!  
Żeby ominąć przeszkodę, musieli zejść ze szlaku na trawiaste zbocze i koliście obejść niebezpieczny zator.   
Po stromym zboczu trawa spływała lśniącymi kaskadami, śliska była niczym psie gówno na trawniku, trzymała się mocno żwiru, ale nie dawała oparcia zatapiającemu się w niej obuwiu.
- Ja nie mogę! - poskarżyła się dziewczyna spychana ciężarem plecaka.
Idący przodem, dżentelmeńsko wyciągnął  pomocną dłoń zachęcając dziewoję do podjęcia dalszych zmagań z terenem. I stało się! Dziewczyna osłabiwszy czujność, lekko wsparłszy się na dłoni, ślizgiem płaskim podcięła nogi młodzianowi i oboje pojechali w dół dupo-zjazdem, potykając się o przeszkody koziołkowali wprost na kolejne żwirowisko, aż do krzaków i ościstych świerków u nasady boru. Tam dziewoja zawisła niczym frytka na widelcu. Mogła tylko majdać nogami. Chłopak pokoziołkował w dół kilkanaście metrów, wreszcie przywalony plecakiem osiadł na półce wymoszczonej trawą. Żwir osuwający się przestał hałasować, strach opuścił na chwilę naszych bohaterów i w ciszy mogli wreszcie usłyszeć pochrapywanie i pomruki dobiegające z za wielkiej skały na skraju boru.
O wałęsających się po szlakach niedźwiedziach słyszeli, a nawet o sądowych rozprawach po starciach z tymi chronionymi rozbójnikami, ale nie oczekiwali, że spotka ich osobiście zaszczyt.
Nastała kolejna fala strachu, bo gałąź, która więziła dziewczynę pękła z hukiem i puściła zniewoloną, ta narobiła takiego wrzasku, że obudziła drzemiącą w promieniach słońca bestię, jak mniemali, bo pochrapywanie ustało i słyszeć dały się trzaski kroków zmierzających w ich stronę.
Szczęściem dla nieszczęsnych turystów była to tylko utrudzona gaździna. Zaskoczona w oparach borowików, rydzów i maślaków z werwą się pozbierała, zebrała do kupy tobołki, także turystów i powiodła ich do swojej chaty, bowiem duchota i kłęby chmur nad nimi nie zapowiadały, by przerażeni i poturbowani byli w stanie odnaleźć drogę i sucho dotrzeć do schroniska.
W strugach deszczu dotarli pod dach i wśród grzybowych aromatów opatrywali rany i siniaki. Kiedy nastał czas posiłku, nachwalić się nie mogli uwarzonej przez gaździnę strawy.
- Nigdy nie jadłem tak smacznej grzybowej! – wychwalał młodzik.
- No! nawet mamusia takiej nie umiała ugotować – pochlipując, narzekała obolała dziewczyna.
Mocno byli poobijani, do tego deszcz padał cięgiem do nocy i przez kolejne dni i noce lało jak z cebra, więc zmuszeni byli korzystać z gościny.
Gaździna rada nierada, bez szemrania przyjęła obowiązek karmienia ich najlepiej jak potrafiła a że zachwalali grzybową, skoro świt chodziła do lasu i za grzybami się rozglądała, by na wieczerzę przyszykować gościom specjał kurnej chaty.  
Za każdym razem z wdzięczności przesadnie zachwalali aksamitną, śmietankową rozkosz, w której obok gról, cebuli i marchwi, pławiły się najszlachetniejsze z grzybów.
Po tygodniu znikły siniaki, zagoiły się zadrapania i niebo się nagle przetarło, zapowiadając koniec ulewnym deszczom.   
Gaździna skoro świt skradając się przez przechodnią izbę nie zastała tam swoich gości. Widać przed świtaniem uszli, pozostawiając po swojej bytności bilecik dziękczynny. Rada, że nie musi szlajać się po lesie za borowikami, ruszyła do wsi. Po drodze spotkała rozradowanych drwali, którzy wracali z dworca z nowymi siekierami, chciała wiedzieć, czy to one ich tak radują.    
- Witojcie! Co wos tak ciesy!
- Widzieli my ceprów objuconyk tobołami, gnali jaze się kuziło. Nie kcieli od nos susonyk grzibow, nawet widzieć ik nie ciekawi, godali, ze jakosik baba ik majęc w chałupie, grzibami ino kormiła bez caluśki tydzień.
- E! Wdzięcności Pańsko! Jo'k w dyscu chodziła za grzibami lo nik,  straśnie sie im ik kciało, cięgiem ino o grzibowej godali.
   
   Zupy grzybowej nie lubię. Uwielbiam natomiast łazanki z kapustą, jem je z przyjemnością, wielkim apetytem, najbardziej smakują w dobrym towarzystwie, gdy rozpustnie zawładną kubkami smakowymi a uszy pieści plumkanie paluszków samego Mistrza. 
Lubicie grzybową?
Zatem na grzybową zapraszam do „jadłodajni”.

Ja i Mistrz, zjemy jeszcze kiedyś łazanki z kapustą w wersji dubeltowej JJ

środa, 30 kwietnia 2014

co warto zobaczyć

Prusewo, to miejsce idealne na weekendową wyprawę za miasto, świetne dla osób zmęczonych zgiełkiem.

Trzeba się natrudzić, aby tam trafić a przejeżdżając obok murów zwolnić, by nie przeoczyć bramy wjazdowej, ale warto, można wcześniej zapoznać się z zamieszczoną na stronie mapka,
Tam powita Was miło i rodzinnie, zawsze przemiła, sprawna i uśmiechnięta obsługa.  
Odrestaurowane wnętrze starannie wykończone z dbałością o historię, uwagę zwracają meble i podłogi, na ścianach nowoczesne obrazy w dobrym guście.  
Jest restauracja a w pogodny dzień można w ogrodzie zjeść obiad z rodziną, wypić kawę z przyjaciółmi.

Menu nie rozbudowane, ale zadowoli wybredne podniebienie.

Potrawy dobre: pierogi ze szpinakiem i łosoś w sosie pomarańczowym - cudowne połączenie, pstrąg z patelni w migdałach, żeberka i kaczka należycie wypieczone, zrazy kruche i z dobrym sosem, wszystkie potrawy doprawione ziołami z ogrodu. Do dania głównego można zamówić zamiennie, zgodnie z upodobaniem dodatki.
Desery, lody, naleśniki oraz ciasta pieczone przez szefową kuchni.

Czas oczekiwania, umilić można podziwiając ukwiecony i cichy park na tyłach dworu, całość zadbana, miejsce ma urok.
Szczerze polecam, szczególnie latem.


poniedziałek, 28 kwietnia 2014

sobota, 5 kwietnia 2014

perły przed wieprze

 Pani  Paniusia nie szuka roboty, zawalona nią po czubek głowy, czasu nie ma skupić się nad swoją elegancją, pazurów nie ma kiedy porządnie opiłować, o ich  malowaniu mowy nie ma, obtłukły by się przy garach, nie włoży pierścionka na spuchnięte paluchy, sztuczne perełki oddała potrzebującej,  inne niemodne, zapomniane świecidełka przepadły nie wiedzieć gdzie i kiedy.
Zapracowana a nawet chętnie unikająca roboty, stojąc przy kotletach, żeby się nie spaliły, odebrać słuchawkę z dłoni Papcia oczekującego na ciepły posiłek zmuszoną była, bowiem przez rzekomą znajomą imiennie wezwaną do rozmowy była. I co słyszy?
- Nasza firma poszukuje osoby do sprzedaży biżuterii …-  Pomroczność jasna zalała Paniusi całą cierpliwość, jasny szlag chciał trafić kotlety, mózg zawrzał z wkurzenia na taką niedorzeczność, ciężko odwrócić przypalające się ścierwo trzymając gorącą słuchawkę w łapie, gdy owa „znajoma” na wiochę zapadłą, dla starej, schorowanej, podejrzaną propozycję pracy, w dobie bezrobocia serwuje - znaczy się pośredniaków niet!
Komu niby miałabym sprzedawać tę biżuterię? Wiewiórkom, żabom, sikorkom? Gdzie?  
 -  Papcio! szykuj taczki do roboty mnie wieźć będziesz, ale wpierw do manikiurzystki zawieź mnie! Będę teraz w handlu eleganckim robić! 
Papcio ze zdziwienia zrobił  głodną minę i wymamrotał - status quo.
 -  Tak, taki obecny stan rzeczy.  

czwartek, 3 kwietnia 2014

deser?

Karmienie sikorek definitywnie zakończone. Ile można żreć? Basta! Zżarły 60 kg nasion słonecznika. Mają teraz owady, które się tłumnie pobudziły, do obrzydzenia pstrzą na poddaszu moje okna, wypuszczam je 3 razy dziennie dla ptaszków, na kolejne posiłki. Zakupię teraz coś dla siebie, dla duszy i zakłócać będę te dziękczynne, świergotliwe hałasy od świtu molestujące moje uszy.  

Może to będzie dobre na deser?

środa, 2 kwietnia 2014

tu...czy...głód...nie...trwa...

  Rzadziej tu bywam, bo tyram w „jadłodajni” w poszukiwaniu zdrowego rozsądku w kuchni. 
A tymczasem Nuda wychynęła na wolność, niuchnęła swobody, ale ani świeżości, ani lekkości nie poczuła. Niemrawo ruszyła dwa kroki przed siebie, rozejrzała się jakby miała przechodzić przez jezdnię, jednak żadnego działania w tym kierunku nie podjęła. Stała w miejscu i tchórzliwie rozglądając się na coś wyczekiwała. Może na cud, na taksówkę, która odwiezie ją daleko od więziennych krat a może na kogoś kto ją zrozumie, przygarnie... ?
Napatoczyła się Głupota. O! Takie spotkanie, to codzienność, jakby norma w normalności. Raźniej im ze sobą, bo i wysilać się nie trzeba a o konsekwencjach wspólnego pożycia myśleć nie zamierzają, jasne, że z Frustracją byłoby im ciasno, jak w przepełnionej celi - milczą na niewygodne tematy.
Głupocie głupoty w głowie, lubi się bać, lubi straszyć i leniuchować… o! to najbardziej! 
A Nuda? No cóż, z nudów wyciąga różne wątki, wyplata sieci i łowi płoche pomysły, które wyciekają jak z sita rozmywając się we mgle.
Głupota pierwsza sięgnęła po słodkie, w mgnieniu oka roznegliżowany cukierek wetknęła w paszczę, rozgryzła, obróciła kilka razy kleistą maż jęzorem, mlasnęła a głośno przełykając już obdzierała z papierków następny i tym razem wyraźniej poczuła kleistą mdłość w paszczy, ale jak to ona, niczego nie kojarząc nim przyszło zaspokojenie, powiększając stos papierków zaśmiecający stolik, młóciła w tłustych paluchach kolejną krówkę, która wraz poprzednimi i następnymi odkładać się będzie bulwiastym tłuszczykiem wędrującym od ud na pulchne pośladki, wślizgnie się po żebrach i popełznie w kierunku ramion by zawisnąć na podgardlu.   
 Zima dawno przeminęła, a jednak nie mam sumienia tak z samego rana na jeszcze oszroniony bruk eksmitować rezydentek, choć instynkt samozachowawczy podpowiada, że trzeba podjąć działania w tym kierunku, bo te dwie gotowe doprowadzić mój organizm do ruiny.
 Wola jakoś bezwolnie słania się i skłania do przespania kolejnej pory roku…? 
Och! Nie! Ratunku! Obowiązku! Weź mnie w ramiona i pieść do opamiętania bo zginę marnie!