Translate

środa, 12 listopada 2014

9. dzień za dniem,

tydzień po tygodniu mijają. Pełni nadziei kursujemy obsługując wieżo-tankowiec, który bywa kapryśny i czasami wygląda dość posępnie.







                       
                               Załoga wykonuje swoje obowiązki .









Papcio nie może liczyć na oficera, musiał przydzielić mu wachtowego, bo gdy sytuacja wymaga umiejętności i skupienia on zaczyna się modlić- dosłownie, to bynajmniej nie wróży nam nic dobrego. Tak, więc Papcio zdany na siebie, gdy zbyt długo trwa załadunek czasem narzeka na łydki, bolą go od wielogodzinnego napięcia, musi bowiem utrzymać idealną pozycję holownika blisko tankowca, nie dotykać burty kolosa, ale to nie jest wcale takie proste, zwłaszcza w sztormie, wymaga precyzji i mocnych mięśni.
Madame nie nudzi się, ciągle odkrywa coś nowego, z uwagą śledzi wszystko dookoła, sama też jest śledzona.
Kot na wieżo-tankowcu bacznie obserwuje tych, co kiwają się na małym stateczku pod burtą. 
                       Posępna postać, pod posępnym, podrapanym.


poniedziałek, 10 listopada 2014

8. mówi się!

Wachtowi gadali jak najęci, nie zwracając uwagi na nic, nie słyszeli nawet agenta, który wlazł z rumorem na trap taszcząc przesyłkę i ważne papiery na kolejną podróż a moja osoba ich nie krępowała wcale, wybuchali głośnymi okrzykami, prychali, chichotali, całym ciałem okazując zaangażowanie w rozmowę. Z zapamiętaniem wspominali wioskę i jakąś imprezę związaną z tradycyjnym obrzędem pętania prosiaka i jedzenie, powiedziałabym żarcie, bo to było głównym motywem mowy ciała- dużo i do syta, aż się spać zachce, wtedy się położą i pomyślą być może o czymś jeszcze.


Posapując i głośno chrząkając na stromych schodach, wdarł się na mostek Klaun, rzucił przysłane papiery na konsolę z manetkami wprost pod nos zdumionym kolegom i bez słowa rozsiadł się na krześle przy nawigacyjnym stole, wklepał numer w komórkę, komórka błysnęła, zamiauczała, zgasła i zamilkła po wprawnym naciśnięciu nieprawdopodobnie wygiętym na zewnątrz kciukiem. Zastanawiałam się jak można sprawnie obsługiwać telefon tak wygiętym paluchem, ale widać można, jeśli się przy paluchach ciągle coś majstruje, skubie, wyskubuje, skrobie, obgryza. Nowy, sportowy wizerunek Klauna, narzucony przez mechanika, kazał mu nieustannie manifestować gotowość do akcji. Ciągle gwałtownie przekręcał głowę to w jedną, to w drugą stronę jakby nastawiał źle ustawione kręgi szyjne w tak luzackim stylu jakby zaraz miał komuś przywalić. Ten styl pasował do Klauna jak kwiatek do kożucha, ale on raz przekonany do nowego wizerunku pielęgnował zaszczepione ideały jak tylko potrafił najlepiej i bawił nas tym dziwactwem. Teraz z głupawą miną, kokosił się, wyrzucił barki, strzepnął ramionami, nie podnosząc się z siedzenia zrobił wykop nogą w pustą przestrzeń między kolumną sterowni a nawigacyjnym stołem, czekał wlepiając wzrok w telefon, aż ten zagra znajomą mu melodię i tu zaczynała się przemiana; twarz rozpromieniona, podwójny błysk kompletu białych zębów i godzinna rozmowa na koszt dziewczyny  -Honey! - Dziewczyna piękna, pracowita i zbyt jak dla, ale cóż, każda potwora ma swego amatora. 

piątek, 7 listopada 2014

7. aż trzy dni w porcie

Z nadzieją w sercu, oparta o reling chłonęłam ciepło wspinającego się słońca, które ogrzewało budzącą się Afrykę.

Delikatny, kwiatowo-owocowy, słodki zapach unosił się rozmywając mgłę pozostałą po nocnej ulewie, aromat z wolna gęstniał nabierając waniliowego zapachu, wreszcie kawowa gorycz nasyciła poranek.
Słoneczko powitało spragnioną ciepła Madame, wciągała rozkoszny aromat, nozdrza falowały, woda omywając burty miłym chlupaniem mąciła ciszę.








Madame poiła do syta zmysły, od dawna otwarta na nowe przygody, dała się ponieść urokom, niespodziankom i nie żałuje, choć chwil wakacyjnych było mało i wkrótce temperatura spadła do +200 C, zrobiło się zimniej a porywisty, przykry wiatr roznosił kurz brudnej kei, to jednak miło oddawać się lenistwu, nie narzekając wybiegła daleko myślą, do zamarzającego oddechu na szybie, gdy jeszcze miesiąc temu zgłodniałym okiem wypatrywała z domu rumianego słonka.
Port się modernizuje, tu i ówdzie rozkopany, trudno dotrzeć do bramy, trzeba z uwagą omijać dziury na „szczurzej kei”, ale trzeba korzystać z okazji i wyjść na miasto.









W Tunezji spokojnie, obalono jedynie słuszne panującą od lat władzę, która zdefraudowała krwawice narodu. Tymczasowo rządzą się sami. Robią, co konieczne i pragną tylko chleba, pracy i spokoju. Korupcja się tu wykrusza, bo niema, komu kogo skubać. Ci, co ich skubano, na wyspach Lampedusa czy Pantelleria tłoczą się z afrykanerami, libijskimi uchodźcami, nakłaniani przez Włochów, do powrotu, bo skoro mają w kraju spokój to pora budować własny dobrobyt. Dobrobyt jest, ci, co cokolwiek robią, mają na chleb i skromne życie. Wielu się bogaci, choć ascetów nie brakuje. Są i żebrzący, ale ich pamiętam z przed rewolucji. Co nie jest niedozwolone, nie jest zabronione. W mieście jest bezpiecznie, o ile się nie wlezie pod pędzące auto, choć nie słyszałam żeby pogotowie gnało po ofiary. Tu kierowcy mają doskonały refleks niezapijaczony, jak w naszym tolerancyjnym kraju. Jeżdżą jak szaleni, ale bezpiecznie. Na rondach obowiązujący kierunek wskazany na znaku drogowym owszem, ale nie szkodzi sobie skrócić drogę, jeśli akurat wolna. Policja tylko w wyjątkowych sytuacjach pojawia się, przy świątecznym, wzmożonym ruchu. Można spacerować plażą w obie strony. Jeśli spacerów takich hotelarze nie polecają to tylko z obawy, że bezrobotni w odległych dzielnicach mogliby być nachalni, ale ja osobiście nie odczułam nic podobnego. Jestem raczej obojętnie nastawiona na zaczepki, z uśmiechem dziękuję za proponowane towary, taksówki, przewodników, itp. Nikt ordynarnie nie zaczepia, nie rabuje i raczej sami Tunezyjczycy pilnują porządku i starają się być uprzejmi w każdym calu dla obcokrajowców. To nie jest Egipt.

Konie to jedyna moja zmora, śmierdzą i zdarza się, że znarowione mogą być niebezpieczne, zwłaszcza takie, które zaparkowane na przejściu dla pieszych polują na turystów. Ale strzeżonego, Pan Bóg strzeże. 

środa, 5 listopada 2014

6. uciekinierzy

Stoimy sobie w dryfie, obszarpany i zbyt krótki sznurek trzyma nas blisko żółto- rdzawej bojki. Mewy krążą, pokrzykują. Morze się lekko marszczy od wiatru. Nie zaciąga z kominów smrodem i jest ciszej. Nuda. Zasiadłam do komputera, przejrzałam fotografie, wkopiowałam nowe z aparatu i uporządkowałam. Nagły zryw, silniki zawarczały, kołysanko mówi, że gdzieś gnamy. W pośpiechu poskładałam aparat do kupy i pognałam na mostek. Papcio w rozbawionym nastroju oznajmił, że jakiś kuter włoski nie trzyma się dyscypliny, wszedł do strefy chronionej i nie zamierza się wynosić, bo jest włoskim szyprem a wieżo-tankowiec to teraz dla niego zagrożenie bytowe i takie tam pierdu, pierdu eterowe… W Papciu odezwała się góralska natura, zagroził, że mu wejdzie pod dziób rufą i wtedy zobaczymy czyja prawda mocniejsza. Rybak najwidoczniej nie chciał pokiereszować sobie dziobu o naszą masywną rufę, odpłynął.
Po obiedzie drzemka i spokój do 15.00. Martwiłam się że będzie nudno do wieczora, ale nadeszła wiadomość z tankowca, który dopatrzył się w komputerach, że należy go odkręcić. Ledwie się załapaliśmy sznurkiem i już zaczynamy go zgodnie z instrukcją odkręcać a tu w eterze rozpoczyna się szaleństwo; płynie libijska łódź pełna uciekinierów z Afryki. Naczalstwo wieżo-tankowca zarządza  zastopować nasze maszyny, co nic by nie dało, bo rozmontowanie pochłonęłoby dużo czasu a ten nagli, wieczorem ma być dziki sztorm. Papcio ma narzucony plan i trzyma się go, nadal bełta wodę, wie już, że uciekinierzy nie zamierzają się wedrzeć na pokład, pragną jedynie szybko dostać się na wyspę, udzielono im informacji, że wyspa w tym momencie skrywa się za tankowcem i pozwolono oddalić się w upragnionym kierunku. Jeszcze z tankowca dobiegał gromki tubalny głos ostrzegający ludzi z łodzi, żeby trzymali się z daleka od jego wysokich burt. Gołym okiem widać, że stroma ściana podrapanego i cuchnącego żelastwa wystarczająco niegościnna, żeby się do niej zbliżać. Ale są przepisy i od nich nie ma odstępstwa! Mała łódź szerokim kołem opłynęła tankowiec i oddaliła się ku północnemu zachodowi. Od tej pory łódź będzie monitorowana, przez inne statki i łodzie patrolujące „wyspę szczęśliwą” do której zmierzali.

Następnego dnia we włoskiej telewizji zobaczyliśmy zdjęcia łodzi osadzonej na skałach i rozbitków wychodzących z wody. Usłyszeliśmy także smutną wiadomość, że dwie kobiety niestety utonęły.     




niedziela, 2 listopada 2014

5. obudził mnie alarmowo

  – Shifting! –wrzasnął mi do uszka Papcio i wybiegł pozostawiając za sobą woń kremu do golenia.
Podnoszę zaspane cielsko na wysokość zamazanej solą szyby i oniemiałam z zachwytu. Światła w porcie ledwo majaczą długimi odblaskami na spokojnej wodzie. Jedyna gwiazdka czeka aż słońce poda jej promień by mogła zatopić się w jego blasku. Świt na rozmydlonym niebie zmienia kolor mgławego horyzontu. Mrugają bojki i dwa światła zapraszające do portu. Czerwone zapala się na moment i mniej więcej z tą samą częstotliwością odpowiada mu zielone. Do główek portu wpływa jakiś holownik. Na redzie wolno przesuwają się światła statków. Szybko poruszająca się pilotówka rozbija odbite w wodzie podłużne blaski świateł portowych, zaczyna się taniec kolorowych odblasków. Rybackie łódki, jedna po drugiej spokojnie płyną wśród rozedrganych świetlistych figielków, zachęcając je do żwawszego pląsu. Kolor nieba blednie. Różowo zabarwiona smuga na horyzoncie staje się szara, tylko tam gdzie zaraz wzejdzie słońce mgławe pasmo nabiera cieplejszej barwy. Z jaśniejącej poświaty wynurzają się pierwsze promienie i nad wodę wyskakuje słońce. Do nabrzeża cumuje wielki statek, za nim kolejny kolos snując za sobą czarny dym wolno zmierza na przeznaczone dla niego miejsce, gdzie niecierpliwie wokół pachołka cumowniczego drepcze jakiś człowiek. Jeszcze tylko odległe światełko mruga na końcu falochronu… - znikła gwiazdka. Pojedyncze mewy i stada gołębi zaczynają krążyć i witające nowy dzień świergotem jaskółki śmigają nad wodą, w której drży ciepły blask słońca szybko wznoszącego się nad zacumowanym statkiem, ciepłem rozlewa się w powietrzu, skrzy na wodzie, zalewa port, oślepia obudzoną Madame.


Wielki statek na odległym nabrzeżu głośno wyraża swoje zniecierpliwienie, czeka na holownik, który właśnie przepłynął, ostrym skrętem wyorał głęboką falę a ta wprawiła w skoczne tany równy szereg wiosłowych łódek wypływających na połów, teraz w nieładzie podskakują na wodzie jak maleńkie kaczuszki. Pilotówka wyskoczyła nagle i mknie jak oszalała, rozbija łódeczkom ład a słońce się temu przygląda.  
  Jest  godzina 6.00 – wypijam ostatni łyk gorzkiej kawy, pora pozbierać się z posłania, bo Papcio zejdzie z mostku a ja niegotowa. Nic nie fotografowałam umyty bulaj od środka, ale na zewnątrz sól morska pokryła szybę i przesłoniła widok.